Szczęsny Wroński
MOJE ŻYCIE Z PUSIĄ W TLE
(fragmenty dziennika eseistycznego)
02.06.03
Lubię pogrzeby. Być może
dlatego, że jest to okazja do płaczu. Kiedy człowiek staje się dorosłym
a tym bardziej dorosłym mężczyzną, to płakać mu nie wypada. A na pogrzebie
to rzecz normalna. Dlatego jak narośnie we mnie trochę tego bólu, który
bierze się w człowieku nie wiadomo skąd i drąży, rozsadza jak krzepnący
lód, wtedy przeglądam w gazetach nekrologi i wybieram się na jakiś pogrzeb..
Skulony gdzieś w kącie, w tle orszaku, ocieram dyskretnie łzy a jak mi
się zechce, to pozwalam sobie nawet na szloch. Rodzina zmarłego przygląda
mi się dziwnie, ale z reguły nikt do mnie nie podchodzi, chociaż w ich
oczach pojawia się niepokój - kim jest ten obcy facet, który rozpacza
nad grobem naszego ukochanego?
Tylko raz zdarzyło mi się, że podszedł do mnie człowieczek w czarnym garniturku,
niewysoki, niestary, z kędzierzawą czupryną, powiedział z zakłopotaniem.
- Przepraszam, ale nie mogę pana z nikim skojarzyć.
- Ja pana też - odpowiedziałem z pokorą.
Człowieczek oddalił się bez słowa. A ja popłakałem sobie jeszcze trochę
i zregenerowany, a nade wszystko odprężony wróciłem do miasta żywych.
Tak mogłoby się zacząć jakieś kolejne opowiadanie albo powieść, czyli
typowa fikcja literacka dotykająca czegoś prawdziwego. Takie, posiłkując
się Gombrowiczem, przedzieranie się od nierzeczywistości do rzeczywistości.
Zostanę jednak przy pogrzebie realnym, znajomym, który odbył 31 maja o
godzinie jedenastej, w powodzi słońca, na wzgórzu Cmentarza Salwatorskiego.
Co najmniej kilkaset osób przybyło tutaj, by pożegnać ciało i duszę Stacha
Gąsienicy-Szymkowa. Nie odczuwałem zbyt wielkiego bólu, lecz powagę, majestat
śmierci i smutek wynikający chyba z buntu przeciw boskim wyrokom, które
odbierają życie człowiekowi jeszcze młodemu, wszechstronnie utalentowanemu,
pełnemu niezwykłej, charyzmatycznej energii.
Staszka poznałem w teatrze STU. Jego istnienie po prostu jaśniało, błyszczało
jakimś blaskiem zdecydowanie wyróżniającym go spośród innych. W całym
swoim ponad pięćdziesięcioletnim życiu nie spotkałem kogoś tak promiennego.
To budziło zazdrość, ale i pytanie: skąd to wszystko w nim się bierze?
W "Ubu królu", wystawionym przez teatr STU, jeszcze w namiocie
na Rydla, wirowała prawdziwa karuzela, aktorzy fruwali na krzesełkach
pod kopułą, potem wyskakiwali na piasek, na którym rozgrywała się akcja
sztuki. Pamiętam, mimo ponad dwudziestoletniego dystansu, pełną uniesienia,
niemal ekstazy twarz Stacha, który szybował w powietrzu. Do dzisiaj słyszę
jeszcze jego radosny krzyk.
Dokładnie 24 maja 2003 dokonał kolejnego skoku, tym razem na spadochronie
w Brnie. Skoki były jego ogromną pasją. Podobno w locie machał radośnie
do instruktora, spadochron otworzył się, jednak Stach zawisł na nim bezwładnie,
przestał sterować i jego prawdopodobnie martwe już ciało uderzyło o beton,
poza wyznaczonym lądowiskiem.
Nad grobem, w imieniu przyjaciół z Teatru STU żegnał go Franiu Muła. Mówił
do Staszka z miłością jak do kogoś, kto wcale nie umarł. Aktorzy śpiewali
pieśni, W pewnej chwili Andrzej Róg, drżącym lecz mocnym głosem powiedział:
Staszku, zaśpiewam ci piosenkę i... zaśpiewał.
Mówiło jeszcze wiele osób żegnając go jak człowieka, który wcale nie odszedł,
lecz tylko chwilowo się wyprowadził. Prawie wszyscy kończyli słowami -
do widzenia. Ludzie długo stali wokół grobu. Staszek Gąsienica-Szymków
odgrywał ostatnie w swej ziemskiej wędrówce misterium.
Potem ustawiła się długa kolejka do Uli, żony Staszka i jego trójki skamieniałych
dzieci. Uściski, serdeczności, łzy. Podszedłem i ja i powiedziałem ściskając
ją serdecznie:
- Stachu pięknie żył i pięknie odszedł. On jest tutaj, z nami.
Odpowiedziała cicho:
- Ale nie ma go blisko, przy mnie.
W Krakowie gościł akurat Bush. Nie mogłem wyjechać z cmentarza, bo drogę
zablokowała policja. W końcu przez jakieś wzgórza, pod prąd, pomiędzy
domkami z tętniącymi letnim życiem ogrodami, przedostałem się do świata
żywych.