RSS Feed
sierpnia 26
0

UWAGA! UWAGA! POCIĄG POŚPIESZNY DO GDAŃSKA… (Wolna miłość XX)

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Wolna miłość

Co za cholerny, zatłoczony peron. Żółty pociąg nadjeżdżał od strony pól. Jak  świetliste węże wiły się szyny. Stukot kół, lśniące obręcze, pętle, zaciskające się na gardle – głowy szybują jak piłki, szare teczki – rozbiła się butelka mleka, ale dlaczego to mleko jest czerwone?!…

Przecież żadne normalne dziecko nie wypije czerwonego mleka!!!

Wagony zatrzymały się ze skowytem. Piotr pierwszy dopadł klamki – korytarz wypełnił się tupotem nóg, pytania o wolne miejsce rozbrzmiewały wszędzie wśród tej bezładnej bieganiny i szurgotów. Jakaś staruszka wsunęła siwą główkę, potem tłusta baba i facet w eleganckim garniturze z wypchaną teczką w ręku.

- Ile panu potrzeba? – spytał Piotr.

- Pięć – facet westchnął z ulgą patrząc na wolne siedzenia i zamierzał już ulokować teczkę.

- Ale te miejsca są zajęte – powstrzymał go Piotr.

- Wszystkie?! – jęknął facet.

- Jeszcze nie wiem, bo wie pan, ja zawodowo trudnię się zajmowaniem miejsc – Piotr zatrzasnął komuś drzwi przed nosem i zasunął kotary – Mogę panu odstąpić te miejsca, no, powiedzmy po… stówie na łeb…

Facet zbaraniał, przełknął głośno ślinę, przetarł okularki i spojrzał jak na kogoś, kto spadł przed chwilą z księżyca.

- Pan oszalał?

- Licz się pan ze słowami – Piotr zbliżył się do niego.

- Ja… Gdzie jest konduktor?! – facet w panice złapał za klamkę.

- Konduktor tu nic panu nie pomoże – Piotr zniżył głos – Ja w międzyczasie wprowadzę tu ludzi, nawet za darmo, niech stracę, a pan będziesz stał jak wie pan kto?… Jak ciul na weselu.

- Za całość trzy – wymamrotał facet.

Piotr zainkasował forsę i przeciskając się z trudem przez korytarz zeskoczył lekko na peron i zmieszał się z tłumem. Jakaś wyperfumowana panienka, z solidnym „przedsięwzięciem” otarła się o niego, Piotr zobaczył tuż przed sobą niezłą laskę z pupą opiętą różowymi spodniami. Przymknął oczy czując tak blisko perfumy i jej sprężysty, stukoczący chód.

- Z pani jest piękna laska – powiedział na oślep do drepczącej obok staruszki.

- Jaka laska?

- Gdzie jest moja laska? – Piotr bezradnie rozglądał się dookoła.

- Zgubił pan laskę? – staruszka zmartwiła się szczerze.

Piotr wszedł do baru i zamówił bigos. Naprzeciw jakaś wymizerowana dziewczyna jadła fasolkę po bretońsku, łyżeczką nabierała po jednej i wkładała do ust – z wyrazem nieziemskiej rozkoszy przegryzała i łykała odchylając ledwo dostrzegalnie głowę. Mogła mieć dwadzieścia, może trzydzieści lat. Ubrana w białą bluzeczkę z żabotem, ze śladami buraczków albo czerwonego wina, uśmiechała się tajemniczo poprzez szparki zapuchniętych oczu i kciukiem prawej ręki odgarniała strąkowate włosy, które opadały jej na twarz. Piotr odpijając piwa puścił do niej oko. Uśmiechnęła się wsuwając do ust ostatnią fasolkę, z namaszczeniem rozgniotła ją na podniebieniu, łyknęła oblizując wargi zadziwiająco długim, czerwono-sinym języczkiem. Lasencja made in Berza, czyli dworcówa przysunęła się bliżej.

- Czego chcesz frajerze? – głos miała lekko przepity, ale było w nim coś ciepłego, jeszcze dziewczęcego.

- Chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić.

- Przyjaźń kosztuje.

Skierowali się ku wyjściu.

- Ile?

- Jak dla ciebie, ze dwie paczki – uśmiechnęła się pokazując ładne, zdrowe zęby.

- Dam ci trzy, masz takie ładne zęby.

Uśmiechnęła się tymi zębami i odrzuciła z twarzy zlepione kosmyki ciemnych włosów.

-  To gdzie idziemy? – spytał.

- Pierwsze forsa.

-  Ty naprawdę bierzesz mnie za frajera.

- A ty nie jesteś frajer? – roześmiała mu się w twarz.

- Wyszedłem właśnie z gara – Piotr ścisnął ją za ramię.

Strzasnęła jego rękę jak strząsa się pył z ubrania i spojrzała w oczy z takimi diabelskimi iskierkami w zwężających się źrenicach, oblizując przy tym wargi tym nieprawdopodobnie długim, czerwono-sinym języczkiem.

- Szmal będzie po – powiedział Piotr tonem handlowca.

Wsiedli do nadjeżdżającego właśnie tramwaju i kolebali się milcząco, oparci o tylną poręcz. Tramwaj zatrzymał się na jakimś skrzyżowaniu i oblubienica pociągnęła Piotra za rękaw. Zeskoczył pierwszy i podał jej rękę – zsunęła się z chichotem w jego objęcia. Przemierzyli szybkim krokiem kilka uliczek i znaleźli się w mrocznej sieni jakiejś cuchnącej rudery.

- Jak ci na imię? – spytał Piotr.

- Monika.

- A mnie Czesiek.

Stanęli pod drzwiami, Monika nerwowo przetrząsała torebkę.

- Co ja mam z tymi pieprzonymi kluczami – westchnęła z ulgą zaciskając je w dłoni jak skarb.

Skromnie urządzony pokoik wyglądał dosyć schludnie i sadząc po stosach rozłożonych gdzieniegdzie książek przypominał raczej mieszkanie studentki.

- Zrobię ci herbaty i doprowadzę się trochę do porządku – powiedziała zupełnie innym tonem nie przypominającym w niczym tamtej nachalnej dziwki.

Piotr półleżąc na kanapie popijał herbatę, z sąsiedniego pokoju dochodziło chlupotanie wody i niebawem zjawiła się Monika w różowym szlafroku, z wzorzystym ręcznikiem na głowie związanym jak turban – puściła do niego oko i usiadła obok. Szlafrok rozchylił się przez moment ukazując szczupłe uda, mignęła nawet tamta czupryna – Piotr przyglądał się z niedowierzaniem.

- Co się tak gapisz?

- Jesteś jakaś inna.

Zdjęła z głowy turban roztrzepując gęste, ciemne włosy. Jej twarz nabrała świeżego wyglądu i była, jeśli już nie ładna, to z pewnością interesująca, zeszpecona tylko tymi małymi, zapuchniętymi oczkami.

- To co, mam się rozebrać? – poprawiła szlafrok, niby mimochodem

odsłaniając jedną pierś i kawałek futerka. Zapachniało mydłem. Jej ciało wyglądało na miękkie i ciepłe – dręczyło go jak świeżo otwarta rana – wsunął tam rękę i… odepchnął ją gwałtownie, że omal nie upadła.

Usiadła na krześle i zaczęła rozczesywać włosy ogromnym perłowym grzebieniem. Piotr spojrzał na ścianę, na pełną książek półkę.  Przebiegł wzrokiem tytuły: Tatarkiewicz i kilka innych dzieł, które znał dobrze ze studiów. Wyżej leżały poukładane równo bruliony i paczki papieru maszynowego. Piotr dotknął ręką głowy, która zdawała się pękać; wirowało w nim tyle obrazów, że bał się otworzyć oczu, bo pogubił się w tym zupełnie. Coś kusiło jednak, żeby spojrzeć, ale ogarnął go paniczny strach – udał że śpi, gdy poczuł czyjąś rękę skradającą się po udzie i rozpinającą spodnie…

Długo leżał nieruchomo. Gdy otworzył oczy, pod głową miał poduszkę i przykryty był pomarańczowym kocem w żółte ciapy. Obok siedziała jakaś dziewczyna w różowym szlafroku i czytała książkę.

- Czekam na zapłatę – spojrzała na niego i otuliła go kocem po szyję.

Szlafrok rozchylił się ukazując cienie ud i futerko z wyraźnie rysującą w głębi czerwieniejąca fałdą.

- Dlaczego tak szczujesz tą brochą?! – zaskomlił zaciągając koc na głowę.

- Jesteś mi winien szmal – usłyszał jej spokojny głos.

- Ile?

- Trzy paczki.

Odrzucił koc, pospiesznie wciągnął rozwieszone na oparciu krzesła spodnie, w tylnej kieszeni namacał trzy papierki i z ulgą cisnął je na stół. Ta dziwka schowała je pomiędzy strony książki i podała mu pięćset.

- Co to? – spytał załamującym się głosem.

- Twoja reszta.

- Jaka reszta?!

- Jestem ci przecież winna.

Piotr cofnął się pod ścianę.

- Nie wiem, czy pamiętasz jak w poprzednim wcieleniu ty byłeś prostytutką, a ja frajerem – uśmiechnęła się do niego tymi błyszczącymi szparkami spod zapuchniętych powiek.

- Idź się leczyć – powiedział Piotr i zapragnął stąd wyjść natychmiast.

Patrzył na tę zjawę opiętą różowym szlafrokiem, jej piersi falowały – pochylona nad książką uśmiechała się drażniąco – odniósł dziwne wrażenie, że to tam, do niego, jakby on był w tej książce i czytała właśnie o nim, śmiała się z niego, z jego strachu, z jego zagubienia! Podbiegł i wyrwał jej z rąk to czytadło.

- Powiedz, kim jesteś, kurwo!

- A ty?

- Ja?!… – cisnął książkę i bezradnie siadł na kanapie.

Podniosła ją i zaczęła znowu czytać. Na jej ustach pojawił się ten sam drażniący uśmiech. Piotr przyglądał jej się z odrazą czując, że nie może  już nic zrobić, bo ona jest przecież, tak jak i on, zwykłą literacka fikcją i nie miałoby to jakiegokolwiek znaczenia, gdyby jego ręce zacisnęły się teraz na jej szyi.

- Ja jednak cię zabiję – powiedział do niej ze smutkiem.

- Spadaj – nie podniosła nawet głowy i się uśmiechała wciąż, ale inaczej, jej uśmiech wiądł, kończyła się książka i jego postać najwidoczniej rozpływała się, nikła.

- Czy mogę cię pocałować? – spytał.

- Proszę – podała mu usta.

Ale był już myślami gdzie indziej, tam, w tej kończącej się książce, na ostatnich stronach. Chłodne usta miały smak zakrzepłej krwi… Dotknął jej ręki i przejął go lodowaty dreszcz…

Zatrzymał się na jakimś skwerku i usiadł na ławce. Z trudem łapał oddech, bolały go płuca. Machinalnie włożył rękę do kieszeni i wyjął zmiętoloną pięćsetkę – spojrzał pod słońce. Prawdziwa. Można kupić za nią pół litra i zostałoby jeszcze na kilka piw.

- Witaj orle!

Obok siedział Jacek i przyglądał mu się z wydętymi wargami i nienaturalnie przekrzywioną głową… Ręka, którą potrząsał, była ciepła, normalna ręka Jacka, kumpla ze studiów, którego nie widział, jak to się mówi, kopę lat.

- Coś cieniutko z tobą – Jacek przyglądał mu się z oddalenia.

- Nie twoja broszka.

- Wiesz, że Ola jest w szpitalu?

- Ola?! – Piotr drgnął jak ukłuty w bolesne, dawno zapomniane miejsce.

- Jest w Kobierzynie, po ostatniej skrobance… Wiesz,  jak wtedy odleciałeś do tych ciepłych krajów…

Piotr patrzył w ziemię.

- Mogę ci w czymś pomóc? – Jacek podniósł się z ławki.

- Idź swoją drogą – wycedził przez zęby Piotr.

Wstał i odwracając się od niego ruszył w stronę centrum. Po drodze wstąpił do pierwszego lepszego fryzjera i zobaczył w lustrze jakąś obca zarośniętą mordę, z pasemkiem jasnej blizny po jakiejś bójce, jeszcze z czasów szkolnych.

- Niech pan zrobi ze mnie człowieka – powiedział do pulchnego faceta w

białym kitlu, który ostrzył właśnie brzytwę i świstał przez zęby jakąś piosenkę Beatlesów, chyba „walc” i kołysał się z przymkniętymi oczami, jakby sam był w tej chwili Johnem – naprzeciw wielbiącego tłumu.

Piotr zamknął oczy. Pacnięcia chłodnego pędzla sprawiły mu ulgę. Brzytwa pracowała z chrzęstem, a wprawne palce Johna poprawiały mu głowę pociągając za nos, to podnosząc podbródek, jakby był wystawioną na licytację kukłą, albo żywym trupem.

sierpnia 26
0

pochylony (Wolna miłość XXI)

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Wolna miłość

Szedł pochylony, z torbą na ramieniu, wąskimi uliczkami, przez kocie łby. Z okien jarzyły się jeszcze światła, ale niektóre już gasły sprawiając wrażenie otwierających się nagle dziur. W jednej z nich rozległ się stłumiony krzyk i nagły łomot, jakby ktoś pędził na złamanie karku po drewnianych schodach. Szlochająca kobiecina z dzieckiem w becie i tłumokiem pod pachą wypadła na ulicę. Za nią wytoczył się chudy jak tyka facet, szamotali się, dziecko zaczęło kwilić, wysunęło się na bruk. Piotr podbiegł i strzelił go w pysk. Kobieta klęczała przyciskając do beta twarz. Tyka podniosła się z jękiem i rozpłynęła w mroku.

- Masz gdzie iść? – spytał. Potrząsnęła przecząco głową, jasna twarzyczka kwilącego niemowlęcia lśniła w ciemności, łapki krzyżowały się konwulsyjnie.

- A tam? – Piotr wskazał na ciemną czeluść.

- Tam może przyjść, z kumplami.

- To wezwij milicję.

- Powiedział, że jak wezwę, to udusi Łukaszka, jak zajedzie suka to udusi, bo jest mu już wszystko jedno.

Piotr wziął od niej kołdrę, objął ją ramieniem i poszli razem przez miasto. Potem wspinali się po skrzypiących schodach pod strych. Kobieta powiedziała coś i zajęła się dzieckiem, które zaczęło popłakiwać – rozłożyła kołdrę.   Leżeli obok siebie bez słowa. Ktoś wciąż wchodził i schodził, skrzypiały schody, zgrzytał klucz…W szarym świetle nadchodzącego dnia długo wpatrywał się w  śpiącą matkę z dzieciątkiem wtulonym w ramię…

Wlókł się w stronę plaży, wiał lekki wiatr. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale szary horyzont  zaczynał już jaśnieć. Piotr zamachał nagle rękami, wbiegł na wydmę i wykonując jakiś dziwny skok stoczył się na drugą stronę. Zrzucił buty i z ulgą brodził w chłodnym piasku.

Pomarańczowa tarcza słońca wytoczyła się zza morza, Piotr biegał jak dziecko, jakby się z kimś ścigał, kręcił piruety i padał na piasek.

Słońce wznosiło się coraz wyżej jak pulsująca kula, która za chwilę może pęknąć. Gwałtownymi ruchami zdarł z siebie ubranie i wskoczył do wody – z krzykiem pogrążył się w ten lodowaty ogień i było mu dobrze, kiedy płynął nie oglądając się za siebie w stronę tego oddalającego się, powleczonego jasną mgiełką horyzontu. Gdzieś bardzo blisko, poprzez zalewającą oczy wodę zamajaczyły ogromne kontury. Piotr, z zaciśniętymi zębami zanurzył się w ten cień, zarysy statku stawały się coraz bardziej ostre, już można było rozróżnić ciemny kadłub, czerwony komin i trzy białe, a może żółte maszty… Nagle poczuł, że ktoś go dotyka… Szarpnął się i przewrócił na wznak – lodowate, ruchliwe paluszki przewinęły mu się wokół boku…      Co sił w ramionach popłynął w stronę brzegu.  Zostało mu jeszcze sześćset, a może pięćset metrów, kiedy dotarło do niego, że chyba nie da rady, ręce zrobiły się szmaciane, każdy oddech bolał – zachłystywał się, potwornie swędziały go oczy, ale nie mógł ich przetrzeć, tylko przedzierał się z uporem do tego rosnącego tak nieubłaganie wolno żółtego pasma plaży, gdzie zostawił ubranie, ale po co mi teraz ubranie? – zdążył jeszcze pomyśleć i ręce odmówiły mu posłuszeństwa…     Ostatnim wysiłkiem woli odwrócił się na wznak i wyprężony jak struna oddychał głęboko zdany w każdej chwili na ten – d o t y k – serce tłukło w nim wściekle i… coś śliskiego musnęło go w plecy. Pociemniało mu w oczach, ale to była tylko różowo-błękitna meduza – oddalała się stapiając z falą.

Piotr zaczerpnął powietrza, odwrócił się na brzuch i ruszył. Żółta plama brzegu przybliżała się z każdą chwilą, przez tę błękitniejącą mgłę – jeszcze kilka ruchów i… jest… grunt… poderwał się, trochę płynął, skakał odbijając się od dna, aż padł twarzą w mokry piasek jak bezwładna, wydrążona kłoda.

Zęby dzwoniły mu wściekle, a kiedy zimno stało się już nie do wytrzymania, zebrał siły i zwlókł się na ciepły piasek… Usiłował się podnieść. Na szmacianych nogach ruszył w stronę wydmy – tam padł…

Śniły mu się dziwne sny, których nie mógł sobie przypomnieć. Kiedy się obudził, leżał na zielonej łące, chyba była to polana w lesie. Patrzył ze zdziwieniem jak kilku facetów ciągnie jakąś dziewczynę w kierunku ogromnego drzewa. Było ich pięciu, ten największy zdarł z niej ubranie, ktoś smagnął wiklinowym prętem – na szyi dziewczyny pojawiła się czerwona, sięgająca do piersi pręga.

-  Jak lalunia będzie grzeczniusia, to nic złego jej się nie staniusia – powiedział ten największy.

- Pobaraszkujemy troszeczkę, nie jesteś przecież dzieckiem – dodał chichocząc drugi.

Dziewczyna miała na głowie worek, w jakich dzieci noszą szkolne pantofle. Leżała spokojnie. Piotr gorączkowo szukał wokół kamieni i układał je na kupkę, aż uzbierał się spory stos. Odczekał jeszcze chwilę, a gdy ten największy zbliżył się do niej – cisnął – kamień zafurkotał i trafił w czoło, tuż nad brwiami – tamten złapał się za łeb i runął na trawę, inni wiali. Piotrowi udało się jeszcze trafić w locie dwóch, może trzech – raz po raz rozległ się krótki krzyk i skowyt. Wybiegł z ukrycia i pomagając sobie ostrą krawędzią kamienia rozciął sznury, delikatnie zdjął  jej z głowy worek i… cofnął się ze zgrozą… Patrzyła gdzieś przez niego szarymi pustymi oczami i oddalała się wolno – nikła wśród drzew.

Piotr poczuł w sobie dziwny żal, że nie zdążył z nią porozmawiać, że nie da się już tego odwrócić, ale czego nie da się odwrócić?! Przecież uratował jej życie, wystarczy dogonić ją, złapać za ręce i powiedzieć – kocham cię, Olu! – wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży, zaczniemy w końcu normalne życie – życie!

Krzyczał przywiązany do pnia, którego kora boleśnie wrzynała mu się w plecy. Patrzył na swój wielki, napięty jak balon brzuch, a tam, w środku coś się poruszyło – żywego – jego brzuch pulsował żywym życiem! Zapragnął dotknąć tego brzucha i tego, co tam, w nim; przylgnął całym ciałem do tej kory i myślał tylko o tym, które w nim się tak, kołacze!…

- Wstawać! – ktoś szarpał go za ramię – Dokumenty!

Stali nad nim, większy i mniejszy. Większy uśmiechał się głupowato i przewracał oczami wpatrzony w legitymację. Piotr stwierdził ze zdumieniem, że siedzi w jakichś krzakach nad Wisłą, bo po drugiej stronie, w porannej mgle majaczyło coś jak Wawel.

- Od kiedy nie jesteście studentem? – spytał ten mniejszy.

- Od kiedy zostałem kobietą – wydusił Piotr.

- Wariat? – zagadnął cicho mniejszy trącając kumpla łokciem.

Tamten uśmiechnął się z pogardą.

- To ewidentny pedał, wyrzucili go za pedalstwo – wyjaśnił ze znawstwem.

Z legitymacji Piotra wypadł zmiętolony kwit, ten większy zręcznie schwycił go w locie i studiował z zainteresowaniem.

- To koleś z kibelka nad Wisełkę?

- Dlaczego legitymujecie się nieważną legitymacją?! – szczeknął jeden z

nich. Zamigotały gumy. Piotr schylił się przykrywając głowę rękami. Po chwili tamtych już nie było i gdyby nie piekący ból pleców, pomyślałby, że to sen, ale równie dobrze mógł się przecież sam gdzieś uderzyć, to się zdarza.

Wspinał się po stromych schodkach. Mogła być szósta, może siódma. Zamglone słońce. Tłok. Wypełnione do obrzydliwości autobusy i tramwaje targały roboli do arbajtu, a może na przemiał. Piotr roześmiał się w pysk jakiejś starej, eleganckiej do obrzydliwości babie, która odwróciła z odrazą głowę.

Jadę do Oli. Nazbieram polnych kwiatów, które tak lubi i oświadczę jej się. I ożenię się z nią. Teraz już naprawdę. I będziemy mieli dziecko, prawdziwe, żywe dziecko – będziemy je karmić i wychowywać. Pójdę do pracy, codziennie będę wracał do domu i przynosił coś dla nich. A kiedy dziecko zacznie mówić… autobus zatrzymał się.

- Do szpitala to tutaj? – spytał opasłego zadowolonego z siebie kierowcy.

- Na następnym.

Ruszyli w dół. Ten zjazd trwał całą wieczność. Piotr opieprzył jakąś babę, która zwróciła mu uwagę, że opiera się o nią łokciem. Jej sąsiadka dawała dyskretne znaki, kółeczka koło głowy. Na przystanku zagadnął ludzi o administrację szpitala.

- Taki niski domek po prawej – poinformowała go jasnowłosa, dobrze zbudowana dziewczyna i uśmiechnęła się do niego.

Piotr minął coś, co przypominało stary folwark, potem rachityczny lasek i wbiegł po schodkach do parterowego budynku. W jednym z pokojów powiedziano mu, że Aleksandra Nowicka nie jest już pacjentką, teraz pracuje jako salowa.

Długo błąkał się w labiryncie wyżwirowanych, chrzęszczących pod stopami alejek. W końcu udało mu się dotrzeć pod zakratowane drzwi z biało-czarną tabliczką -  zadzwonił wsłuchując się w tamten odległy gwar. Po chwili zaszczerkał klucz, drzwi otworzyły i Piotr zobaczył jasnowłosą, dobrze zbudowaną, z ogromnym kluczem w ręce.

- Czy zastałem Olę Nowicką?

- Niestety, ma dzisiaj nockę – dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco, bo ktoś zawołał ją z głębi.

Ruszył z powrotem przez te chrzęszczące, wysadzane drzewami alejki. Natrafił na sklep, w którym kupił serek „homo”, dwie bułki i butelkę mleka – posilił się na schodkach. Potem przechadzał się po alejkach, w koronach drzew krakały gawrony. Ktoś krzyknął do niego – rzuć peta! – w oknie na drugim piętrze dostrzegł uczepioną kraty postać kobiety w długiej, nocnej koszuli. Grupa dziewcząt w wypłowiałych drelichach, z kolorowymi chustkami na głowach przeszła obok pchając wózek wypełniony tobołami. Jedna z nich przypominała Olę, ale starszą o jakieś dwadzieścia lat – Piotr usłyszał jeszcze jak powiedziała nachylając się do koleżanki – chciałabyś Stefcia takiego chłopaka? – znikły śmiejąc się za zakrętem. Piotr poczuł się dziwnie – przecież nie wziął tego pod uwagę, że Ola też mogła się zmienić. A jeżeli faktycznie się zmieniła i jest teraz nie do poznania? Mijał właśnie kwadratowy domek o wysoko osadzonych oknach. Coś go skusiło, żeby zajrzeć. Uchwycony okiennej kraty podciągnął się po ścianie i zobaczył leżącą na długim stole nagą dziewczynę powijaną gdzieniegdzie bandażami – nieruchomą jak lalka z wosku. Piąstki miała zaciśnięte, jakby chciała w nich coś zatrzymać, guzik, albo jakieś zdjęcie. Piotr zeskoczył i zrobiło mu się słabo. Długo stał oparty o ścianę, jakiś mężczyzna w białym kitlu  położył mu ręce na ramiona i potrząsnął nim lekko. Piotr spytał z zaciśniętym gardłem o nazwisko tamtej ze stołu i z ulgą usłyszał inne, zupełnie obce.

Alejka doprowadziła go do małej furtki, przez którą wyszedł na rozległe falujące zbożem pola. Te kłosy przypominały włosy pielęgniarki, zanurzył w nich dłonie – zakołysały się – szedł wypatrując kwiatów, a było ich wszędzie pełno: chabry, maki, kąkole i wiele innych, których nazw nie mógł sobie przypomnieć. Idąc miedzą dotarł do wiejskiego domku, gdzie na podwórku bawiło się troje dzieci. Spojrzały na niego z zainteresowaniem, bez cienia lęku – dwóch chłopców i dziewczynka.

- Pobawisz się z nami? – zagadnął starszy.

- A w co? – Piotr zbliżył się i pogłaskał dziewczynkę po jasnej czuprynie.

Wyszczerzyła szczerbatą buzię i zarumieniła się jak panienka.

- Będziemy się bawić w dom, a ty przyjedziesz z Ameryki i przywieziesz nam prezenty.

- All right – Piotr usiadł na pniaku, koło drewnianego płotu.

Nieopodal przechadzała się samotna kura, stanęła na jednej łapce, przekrzywiała ruchliwy łebek gdacząc.

- Jak masz na imię? – spytała dziewczynka.

- Piotr.

- A ja Agnieszka.

Chłopcy wrócili z prezentami i położyli je na ziemi. Znalazł się tam kolorowy szalik, podarte rękawiczki z jednym palcem, czerwony plastikowy samochód bez jednego koła, gra w pchełki i rozlatujące się tekturowe pudełko z warcabami.

- Spakuj te zabawki do torby i idź za płot – powiedział starszy.

- A my będziemy stroić dom na twój przyjazd – dodał młodszy z tajemniczą minką i chciał jeszcze coś dodać, ale umilkł skarcony wzrokiem brata.

- A kiedy przyjedziesz, będziemy się z tobą witać bardzo serdecznie, bo nie widzieliśmy się przecież od wielu lat.

- Kopę lat – powiedział z uśmiechem Piotr wrzucając prezenty do torby – Powiedzcie tylko jak się nazywacie, bo jako wasz wuj muszę przecież wiedzieć.

- Stefek, Marcin, Agnieszka! – krzyknęli prawie jednocześnie.

Piotr położył się na nagrzanej słońcem trawie i patrzył na tę lepiankę okoloną walącym się płotem, z prostokątnym wychodkiem z wyciętym sercem – na budę po psie z resztkami zardzewiałego łańcucha. Słyszał przytłumione głosy dzieci naradzających się jak „ustroić” mieszkanko na jego cześć. Dochodziły go strzępy    słów i jakichś wstążeczkach, wiatraczkach, chlebie i soli i czymś tam jeszcze. Przygotowania przedłużały się, Piotr oparty o sztachety drzemał. Ktoś delikatnie dotknął jego ramienia i zobaczył przed sobą uśmiechniętą tajemniczo mordkę       dziewczynki, jej warkoczyki kołysały się jeszcze gwałtownie.

- Już – szepnęła kładąc palec na ustach i zniknęła za płotem.

Podniósł się, zaczerpnął pełną piersią powietrza i ruszył do Polski.

Drzwi domu przystrojone były wstążeczkami i wypłowiałymi kwiatami z papieru. Na schodach rozciągnięty bury chodnik, a wysoko, prawie pod dachem – koślawy napis:

WITAJ WUJKU Z AMERYKI !

sierpnia 26
35

WITAJ WUJKU Z AMERYKI ! (Wolna miłość XXII)

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Wolna miłość

Dzieci zbliżały się do niego z kromką chleba na serwetce i solą w solniczce z żółtą pękniętą nakrętką. Chleb niósł starszy chłopiec, sól – dziewczynka, a ten młodszy, chyba Marcin, machał chorągiewką o nieokreślonej barwie, wystrzępioną po brzegach.

- Witamy cię wujku, w polskim domu – powiedziały chórem dzieci.

- Witam was drogie dzieci, strasznie tęskniłem za wami – wujek otarł pot z czoła, postawił torbę przed progiem i ściskał garnące się do niego pociotki.

- Przywiozłeś nam prezenty? – spytała dziewczynka, ale starszy kopnął ją w kostkę z wściekłym błyskiem w oczach.

- Nie teraz – syknął – jeszcze nie… Jak minęła podróż, wujku? – spytał przymilnym głosem starając się pokryć złe wrażenie.

- No cóż, jestem trochę zmęczony, dwadzieścia tysięcy kilometrów – Piotr otarł czoło grzbietem dłoni, bo faktycznie zrobiło się gorąco.

- Jak długo jechałeś, wujku? – spytała zaciekawiona Agnieszka.

- Wystartowałem wczoraj wieczorem ogromnym, srebrnym odrzutowcem.

- A jak twoje zdrowie?

- Poza rakiem, gruźlicą, kiłą i paroma innymi drobiazgami nic mi nie dolega.

Dzieci spojrzały po sobie i stały przez chwilę bezradne.

- A jak się czuje ciocia? – spytał Stefan.

- Ciocia czuje się nieźle, to znaczy nie czuje się wcale, bo niedawno wyciągnęła kopyta.

- Jak to „wyciągnęła kopyta”? – Agnieszka  spojrzała na braci, ale oni wzruszyli tylko ramionami.

- No, strzeliła w kalendarz – usiłował wytłumaczyć jej Piotr, który bawił się coraz lepiej.

- „Strzeliła w kalendarz”?  – dzieci spojrzały po sobie.

- Odwaliła kitę, przekręciła się, kojfnęła, wyparowała – wyrzucił Piotr jednym tchem – kapewu?!

Dzieci potakiwały niepewnie głowami.

- Ale… poza tym… ciocia czuje się dobrze? – spytała Agnieszka po dłuższej chwili ciszy.

- Nikt nie może czuć się lepiej od cioci w takim stanie – wujek uśmiechnął się

i otworzył torbę, z której wysypały się na trawę prezenty. Dzieci rzuciły się na nie z piskiem, jedynie Agnieszka podziękowała całując wujka w rękę.

Potem wszyscy bawili się w kryjówki, w wojsko, grali w warcaby. Piotr dawał im wygrywać, ale ta przegrana nie sprawiała mu zbyt wielkiego kłopotu, bo ktoś nauczył je grać całkiem nieźle – w trójkę pochylali się nad szachownicą podpowiadając sobie ruchy, czasem wynikała z tego krótka sprzeczka, którą rozsadzał zawsze starszy brat dyktując właściwe posunięcie.

- A gdzie wasz tatuś? – zagadnął Piotr, gdy skończyli kolejną partyjkę.

- Nie ma – Agnieszka rozłożyła ręce i zrobiła buzię w ciup i „głupie oczy”.

- Może też strzelił w kalendarz – starszy mrugnął porozumiewawczo.

- Mama! – krzyknęły chórem.

Piotr zobaczył koło płotu niską kobiecinę w nieokreślonym wieku, która przyglądała mu się zaskoczona. Dzieciska oblepiły ją jak chmara much, krzyczały coś, a ona chwiała się pod ich naporem ledwie mogąc utrzymać w rękach dwie pełne siaty z ziemniakami, pomidorami, kalafiorem, chlebem i czymś tam jeszcze. Piotr poczuł nagle ostry piekący głód, aż zrobiło mu się mdło.

- Przepraszam bardzo panią –usiłował się wytłumaczyć – Ja przyszedłem do jednej salowej… żeby się oświadczyć… Nie widziałem jej doszyć długo, bo byłem za granicą, a ona ma dzisiaj nockę… Szedłem tutaj miedzą, żeby się przejść…

- Może zostanie pan u nas na obiedzie – przerwała mu zupełnie niespodziewanie i wymownym gestem zaprosiła do środka.

Piotr usiadł na krześle w pokoju zagraconym ciemnymi, odrapanymi meblami. Były tu dwie sponiewierane kanapy, metalowe łóżko, kredens ozdobiony zacierającym się malowidłem, fotele i ogromna lampa wisząca na słowo honoru u sufitu. Przesiadł się z wygniecionego, kłującego drutami fotela, na kanapę i drzemał. Kobieta obierała kartofle nucąc coś pod nosem… Opowiadając o sobie wyrywała go z coraz głębszej drzemki. Dowiedział się, że też jest salową i zna Olę, a męża zabili jej przed kilkoma laty w jakiejś pijackiej burdzie…

Dzieci biegały wkoło domu, jak z jakiegoś odległego świata dochodziły go ich krzyki i przedrzeźniania. Pobiły się chyba o coś, bo rozległ się płacz dziewczynki i rozdrażniony głos matki dającej chłopcom reprymendę. Piotr otworzył szeroko oczy, gdy pokój wypełnił błogi zapach gotujących się ziemniaków…

Ocknął się na dobre, gdy talerz stuknął o stół, z parującymi kartofelkami, z odrobiną kalafiora i jajkiem sadzonym, a wszystko to polane pachnącym tłuszczem, z kubkiem kwaśnego mleka – aż bał się dotknąć.

- Czy mógłbym umyć ręce? – spytał przełykając głośno ślinę.

Kobieta zaprowadziła go do kuchni wskazując stojącą za przepierzeniem na krześle miednicę i dzbanek z wodą. Piotr zdjął koszulę i ochlapał się z ulgą. Zwinął brudy i wcisnął na spód torby znajdując tam jeszcze w bocznej kieszeni w miarę czysty łach.

Jadł wolno, kęs za kęsem, popijając chłodnym, gęstym mlekiem. Kobieta przyglądała mu się w milczeniu znad pustego już talerza.

- To było naprawdę wspaniałe – powiedział ocierając usta grzbietem dłoni.

Przez jej twarz przebiegł grymas zadowolenia, Piotr wyjął pięćset i położył na stół.

- Muszę już iść.

Walczyła z pokusą, ale stanowczo odsunęła banknot.

- Proszę naprawdę wziąć, ja nie jestem biedny.

Zjawiły się dzieci i otoczyły go wkoło.

- Przyjdziesz do nas jeszcze?

- Może przyjdę – Piotr wstał – Mama nie chce ode  mnie pieniędzy, to wam zostawię… Jestem przecież wujkiem z Ameryki, no nie? – podał forsę Agnieszce, która dygnęła i pocałowała go w rękę.

Kobieta patrzyła gdzieś w bok.

- To nazbierajcie mi jeszcze kwiatów dla mojej narzeczonej, bo właśnie idę się oświadczyć.

Wyszli przed dom. Dzieci pobiegły w pole za kwiatkami, uwijały się wśród zbóż. Matka patrzyła na nie pociągając nosem, kiedy wracały powiewając bukietami – beztroskie i roześmiane. Piotr pożegnał się z nimi i odszedł pospiesznie nie oglądając się za siebie. Zachciało mu się usiąść w cieniu drzewa, na nagrzanej słońcem trawie. Oparł głowę o pień i patrzył na szpital, który wyglądał stąd jak zielona oaza z czerwieniejącymi dachami oddziałów i wbitym w niebo szarym, kwadratowym kominem…

Gdy się ocknął, zamajaczyło nad nim drzewo odginające od ziemi konary, jakby chciało gdzieś uciec, oderwać się i popłynąć w siną przestrzeń…Ktoś zbliżał się od strony pól. Piotr słyszał wyraźnie krótkie, mocne kroki – stukot ludzi idących w butach podkutych żelazem – nie było ich jeszcze widać w tej ciemności – szli miarowo. Co pewien czas. rozległ się czyjś zdławiony krzyk, a oni szli i szli poprzez ciemność…

Zatrzymali się gdzieś bardzo blisko. Piotr wtulił głowę w ramiona, zatkał szczelnie uszy, ale mimo tego słyszał ten miarowy, zbliżający się nieubłaganie stukot – jakieś rozmigotane światełka, może gwiazdy przebijające się przez mgłę – krakały gawrony. Podniósł głowę zlizując spierzchnięte, lodowate wargi. Na tle ołowianego nieba rysował się w oddali ogromny słup wbity w ziemię. Piotr rozmasował obolałe kości, podniósł się z trudem i ruszył tam zaciskając w ręce torbę i wilgotne łodyżki kwiatów.

Mgły rozrzedziły się u góry i wyjrzał posiniaczony księżyc, patrzył tym swoim trupim czerepem na samotne drzewo, jego odchylające się od ziemi konary, które jakby  chciały oderwać się i popłynąć w ten ołowiany smutek wyłaniający się z tańczących mgieł. Piotr wszedł między drzewa, białe opary kłębiły się pod stopami, tańczyły magiczny taniec kółek, korkociągów, splątanych warkoczy,  odsłaniając tu i ówdzie ciemne plamy ziemi, aż targnął nimi wściekły wrzask i łopot – rozpierzchły się na wszystkie strony ukazując niski domek, a stado czarnych ptaków poszybowało do góry wlokąc za sobą białosine smugi – znikały w koronach drzew.

Piotr ruszył dalej poprzez ciemność rozświetlana coraz gęściej światełkami zakratowanych okien, skąd dochodziły coraz wyraźniejsze mamrotania i krzyki. Usiłował wyobrazić sobie Olę, jej łagodną twarz i te ciemniejsze od ciemności oczy i ciemne jak ta ciemność włosy, które burzą się na ramionach za każdym krokiem.

Nacisnął dzwonek. Oparty o drzwi oddziału wsłuchiwał się w tamto życie, przytłumione głosy, trzaski, bulgotanie i osypujące się w tej ciszy – kamienie?… Jakieś kroki zbliżyły się i zazgrzytał klucz. Piotr zapytał o Olę, grube babsko powiedziało, że jeszcze nie przyszła i trzasnęło drzwiami – przymknął oczy, czekał…

Usiadł na kamiennych schodkach z uchwytem torby i kwiatami zaciśniętymi w rękach i czekał… położył torbę na kolanach i kwiaty, bo zdrętwiały mu palce i… czekał…

Poprzez tę ciemność nie było widać nic, oprócz zarysów jakichś drzew uciekających do nieba z ta ruchliwą zgrają kokoszących się gawronów… nagle zachrzęściło  i zamęt mgieł zdradził zbliżający się kształt. Z rozedrganych strzępów białawej, poskręcanej waty wyłoniła się sylwetka – Piotr wstał, gdy była tuż, tuż – zdecydowanie zagrodził jej drogę.

Spojrzała na niego tymi swoimi ogromnymi, ciemniejszymi od ciemności oczami i usta otworzyły jej się, jakby chciała coś powiedzieć. Dotknął jej ramienia – stali w milczeniu… Potem ona tak jakoś drgnęła, ale pozostała w miejscu i patrzyła tymi swoimi ciemniejszymi od ciemności oczami. Spróbował końcami palców dotknąć jej niewidocznych włosów, ale nie znalazł ich na ramionach, ani na plecach.

- Obcięłaś włosy? – spytał prawie szeptem.

Nie odpowiedziała patrząc gdzieś przez niego i ramiona uniosły jej się na moment… Piotr podał jej kwiaty. Uśmiechnęła się wąchając je tak jak to zawsze robią dziewczęta, nie powiedziała tylko, że są bardzo piękne, przycisnęła je do piersi i ogromnym kluczem otworzyła drzwi…

Siedziała naprzeciw niego w białym fartuchu, oczy miała podkrążone, chyba trochę zeszczuplała, jednak w sumie zmieniła się niewiele. Piotr zaciskał ręce na poręczy fotela i nie potrafił niczego z siebie wydusić, choćby w stylu – co słychać – kwiaty leżały bezładnie na stole, przyglądała im się uporczywie… Rozchyliła usta, ale zamknęła natychmiast. Zrobiła tylko ręką taki na wpół zatrzymany gest chcąc poprawić na plecach włosy, których nie było…

Zebrała kwiaty rozglądając się za jakimś flakonem, układała je długo, starannie muskając palcami – postawiła flakon na biurku i usiadła…

Rozpłakała się w chwili, kiedy Piotr najmniej się tego spodziewał – poderwał się i przytulił jej głowę do piersi.

- Nie wolno tak, Oleńko – szeptał jej do ucha – wszystko będzie dobrze, pobierzemy się, zobaczysz, będzie dobrze.

Patrzyła na niego tymi swoimi ciemniejszymi od ciemności oczami i wydawała się już uspokojona, a nawet zadowolona. Wtedy otworzyły się z trzaskiem drzwi i jak burza wpadła gruba pielęgniarka.

- Podpisali porozumienie! Strajki się skończyły!

Prawie na siłę zaciągnęła ich do zabiegowego. Radio cięło mazura. Na szklanym blacie biurka zaszkliła się butelka z czerwoną kartką i kieliszki. Pili paplając jeden przez drugiego o tym jak będzie teraz fajnie, jak to wszystko się zmieni – w końcu uszanowali naród, w końcu zrozumieli. Zjawił się lekarz dyżurny, niski, łysawy.

- To niesamowite – powiedział – to dla mnie normalny szok, że oni na to poszli. A byłem już prawie przekonany, że wkroczą czerwoni i będzie jak u Czechów.

- Przestraszyli się, za dużo nas jest – powiedziała młoda pielęgniarka, oczy błyszczały jej zawadiacko.

- Już ty nie bądź taka pewna, kto wie czy za parę dni nie zrobią z nas marmolady – osadziła ją gruba.

- Myślę, że tym razem już nie – lekarz westchnął – Wypijmy za nasze zwycięstwo.

Brzęknęły kieliszki.

Ola zaprowadziła słaniającego się ze zmęczenia Piotra do maleńkiego gabinetu na pięterku. Z ogromną ulga zdjął buty i wyciągnął się na twardej kozetce. W ciemności zaszeleściły kroki. Coś migotało ukazując gdzieniegdzie rozchwiane kontury idących. Ktoś szedł z latarką za tym ogromniejącym tłumem cieni, które krzyczały coś machając rękami, coraz bliżej tych przeklętych schodów – przecież do cholery oni mogą się tu pozabijać!

Dlaczego ten facet z latarką idzie za nimi?!

Dlaczego on im świeci w plecy?!

Piotr odrzucił gwałtownie koc i wybiegł na korytarz, ale nikogo już nie było. Z uchylonych drzwi sączyła się smuga światła. Wślizgnął się tam. Świruski spały grzecznie w łóżkach – wszystkie w bieli.. Coś poruszyło się, to jedna z nich stała pośrodku nastroszona – pocierała otwartą dłonią nos i co chwilę kreśliła w powietrzu palcem jakieś znaki pochylając nisko głowę. Dreptała w miejscu zataczając rękami półkola i kółka, w narastającym rytmie. Z jej ust wydobywały się gulgoczące sylaby, coś jak – ba-sza-sze-da – była w tym ogromna siła.

Smugi światła oświetlały jej pomarszczoną twarz. Ile mogła mieć lat? – może osiemnaście, a może… tysiąc. Tańczyła prawie bezszelestnie w tym dziwnym rytmie, w mlaskaniu starczych warg – ba-sza-sze-da. Piotr zbliżył się do łóżka, do którego przywiązano jakąś olbrzymkę – szarpnęła się na jego widok, jej wielka, łysa głowa poruszyła się gwałtownie. Piotr patrzył na jej napięty pod koszulą bęben – odwróciła głowę.

BA-SZA-SZE-DA  narasta – wokół rozfurkotanej jasnej koszuli.

BA-SZA-SZE-DA unosi nagle ręce,  zdziera koszulę jak łuskę i ukazuje się ciało młodej dziewczyny, jasne owalne kształty ud z plama pomiędzy,   brzuch drgający rytmicznie, maleńkie piersi, które zmieścić by można w dłoniach – to wszystko dygocze w tańcu – Piotr czuje, że to jego Ola, ręce wyciągają się w tamtą stronę – koszula frunie po oczach, pod sufitem… Jak w transie, z uniesioną głową sepleniła coś wyrzucając gardłowe okrzyki. Przyglądał się jej gładkim, błyszczącym w świetle łydkom i pomarszczonej nieludzko szyi.

Może założyła maskę? Może Ola chce zabawić się ze mną tak okrutnie? Zbliżył się do niej pokonując wstręt, bo odór od dawna nie mytego ciała osadził go na miejscu. Wstrzymał na chwilę oddech i wyciągając błagalnie ręce wydusił z siebie.

- Przestań, Olu! Nie męcz mnie dłużej!

Ona tańczyła nie patrząc na niego, przyłączył się, śpiewali razem to – ba-sza-sze-da, to wściekłe : BA-SZA-SZE-DA !

- Kocham cię, Oleńko, zawsze cię kochałem!… Ja mam takie psie serce, nie mogę usiedzieć w miejscu. Ciągle gdzieś biegam, węszę i to psie serce pożera mnie od środka. I nie mogę nic zrobić, kiedy zaczyna kąsać, jestem wściekły, biegnę gdzieś, byle dalej, jakbym chciał od czegoś uciec. Ale to przecież niemożliwe, bo jesteśmy skazani na siebie…

Ola upadła na podłogę wstrząsana drgawkami, z drgającą twarzą-maską, jakby chciała zmienić bieg tego świata, z tym – ba-sza-sze-da – słabnącym…

…Klęczała kołysząc biodrami – dlaczego ona nie ma oczu? Ani prawdziwych ust? Jej wargi wycięte z papieru szeleściły cicho, coraz ciszej – murszały w ciemności. Piotr przytulił ją do siebie i szeptał w uniesieniu: Człowiek musi mieć kogoś przed kim mógłby się wyspowiadać, dotknąć czyjejś ciepłej ręki. Jestem przy tobie i mówię ci, nie bój się,  jestem z tobą…

Ktoś krzyknął przeraźliwie! To ta przywiązana olbrzymka darła się jak opętana. Jej ogromny bandzioch, napięty pod koszulą, pękał pod naporem niewidzialnych ciosów i z jego wnętrza, poprzez białe strzępy wybiegło siedem kosmatych pająków. Piotr poczuł na czole chłodny dotyk. Ola stała nad nim, już bez maski, ze zmęczoną, zwiędłą twarzą, z podkrążonymi jeszcze głębiej oczami.

- Gdzie dałaś maskę?

- Jaką maskę? – spytała cicho głaszcząc go po policzku.

Łagodnie odsunął jej rękę i ukrył w dłoniach twarz. Przez dłuższą chwilę tkwił tak nieruchomo, potem odjął wolno ręce jak w obawie przed nagłym bólem zdejmuje się bandaż i powiedział umęczonym głosem.

- Sam już nie wiem – oczy zaszły mu mgłą.

Szli wyżwirowaną alejką pełną krakania budzących się gawronów i kropel rosy spadającej z drzew – pobłyskujących w bladych promieniach słońca. Autobus napchany zaspanymi ludźmi wlókł się w nieskończoność. Ktoś coś mówił, ktoś silił się na dowcip. Piotrowi niemiłosiernie kleiły się oczy, stał tak zawieszony ręką na uchwycie, a na jego ramieniu kołysała się Ola, oczy miała przymknięte…

Ocucił ich tupot wysiadających ludzi – Ola otworzyła oczy i westchnęła głęboko. Pocałował ją w nos patrząc na jej umęczoną twarz i podkrążone oczy – wysiedli z tramwaju… Coś stuknęło nagle o szybę, ptak, albo jakaś gruda. Jednak ptak – oddalał się pomiędzy lśniącymi, wyginającymi się w słońcu szynami, drgając konwulsyjnie… Na przystanku dochodziły go strzępy rozmów o porozumieniach – radosne błyski w oczach pojawiały się tu i ówdzie.  Zatrzymali się przed znajomą bramą.

- Mam pomysł, Oleńko – spojrzała na niego takimi niewiele widzącymi ze zmęczenia oczami – Ja pójdę teraz do urzędu i dowiem się o te wszystkie formalności.

- Jakie formalności?

- No, z naszym ślubem.

Skinęła głową i wykonała ręką gest, jakby chciała poprawić z tyłu włosy, których nie było. Jej twarz pokryła się dziwną chmurą, stała już na pierwszym schodku, jedną stopę opuściła w dół i… uniosła z powrotem. Piotr tak bardzo zapragnął ścisnąć ją w tej chwili po prostu za ręce i wykrzyczeć w twarz, że ją kocha, że bardzo ją kocha, ale pomyślał sobie, że powie to przy kolacji, być może przy świecach. Tak, koniecznie przy świecach.

- Tyle chciałbym ci dzisiaj…  – powiedział zrzucając z serca połowę kamienia.

- Może zostań, nie idź – Ola położyła mu rękę na ramieniu i delikatnie dotknęła jego  policzka zimnymi od porannego chłodu palcami.

- Niedługo wrócę, Oleńko. Połóż się, odpocznij. Jak przyjdę, zjemy pyszne śniadanko.

Pędził ulicami. Wszędzie pojawiało się radosne słowo – s o l i d a r n o ś ć – dodawało mu sił. Nagle jakaś ciemna kula rozbiła się tuż przed nim wypełniając go takim światłem, aż przystanął i złapał się za głowę.

To niemożliwe, w końcu zwyciężyliśmy?! Czy naprawdę będziemy teraz wolni? Będziemy mogli mówić sobie wszystko w oczy i nie musimy się nikogo bać? Będzie można pisać o wszystkim i wszystko drukować?! I nie będzie kłamstwa! Wszystko będzie po prostu! Czarne stanie się znowu czarne, a białe i białe! Ludzie odetchną z ulgą i pójdą naprawdę do pracy! I będą pracować dla siebie!

Piotr wszedł do urzędu i tutaj też napotkał roześmiane twarze i gorączkowo powtarzające się słowa:

P O R O Z U M I E N I A           S O L I D A R N O Ś Ć

Jak w transie kupował w sklepie: chleb, pomidory, masło, konserwę z czerwona etykietką, nie przejmując się tym wcale, że kończą mu się pieniądze. Biegł do domu, do Oli – na rynku zebrała się sporo ludzi, którzy krzyczeli coś i śpiewali. Piotr prawie biegnie roztrącając gromadzący się tłum, który jest mu dzisiaj taki bliski. Chętnie wykrzyczałby im wszystkim prosto w oczy, że kocha Olę, że Ola zostanie jego żoną – jeszcze tylko skrzyżowanie, ostatnie czerwone światła i wbiega na pierwsze piętro, stuka do drzwi. Oczy mu błyszczą, serce wali, palce zaciskają się kurczowo na uchu torby z tymi pomidorami i… czeka… Stuka jeszcze raz, głośniej… Ale ze mnie palant, przecież mogłem wziąć klucz. Rzuca torbę i siada na schodach, nasłuchuje – tam Ola pewnie śpi teraz jak zabita.

Mija go jakaś pani z dziewczynką o bardzo długich warkoczykach obijających się o pupę w  zielonych majteczkach. Potem jakiś starszy pan, niezła laska stukocze obcasami – przechodzi jeszcze wiele osób…

Piotr podnosi się i stuka, dobija się długo, coraz głośniej, natarczywiej…

Jest już trochę na nią zły, że nie dała mu klucza, ale była taka zmordowana,  mogła zapomnieć – zupełnie bezwiednie naciska połyskującą w półmroku klamkę i… drzwi się otwierają, serce zaczyna w nim walić – rzuca torbę w korytarzu i wchodzi do sypialni…

T e n  o b r a z   j e s t  z u p e ł n i e  n i e r e a l n y .

T o  m u s i  b y ć  j e d n a k  s e n.

sierpnia 26
40

TRZEBA KONIECZNIE COŚ ZROBIĆ !!! (Wolna miłość XXIII)

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Wolna miłość

Ola leży z rękami rozrzuconymi jak niemowlę, usta ma wpółotwarte, a twarz szarą jak pergamin. Na wzorzystym dywanie błyszcząca żyletka – wokół plamy.

Przez mgnienie chwili pojawia się myśl o pogotowiu, Piotr zbliża się do niej jak automat, dotyka woskowej, lodowatej ręki…

J e j  t w a r z  t e ż  j e s t  z i m n a , r y s y  s i ę  z a o s t r z y ł y

w  t y m  ś n i e , a  o n a  g d z i e ś  s o b i e  w y s z ł a.

Gdzie ona jest? Przecież to niemożliwe, żeby tak zniknąć bez śladu. Żeby tak po prostu przestać istnieć?! – Piotr zagląda do łazienki, do kuchni, pod stół. Otwiera drzwi szafy, przerzuca jakieś szmatki i szpargały, siada na dywanie i śmieje się, śmieje się bardzo głośno patrząc na te wpółotwarte usta, ręce i nogi rozrzucone bezładnie na pościeli…

*   *   *

Jest prawie ciemno. Piotr podnosi się wolno, wyjmuje z torby świecę i zapałki – chleb, pomidory, pieczarki, masło i konserwę z czerwoną etykietką. Znajduje w kuchni czysty talerz, wszystko to układa na stole – kroi chleb, kromkę po kromce, smaruje masłem. Na talerzu układa wołowinę z konserwy i ubiera ją w plasterki pomidorów…

Za oknem ludzie krzyczą – Niech żyją robotnicy Gdańska… Piotr wlecze się do kuchni, zapala światło, nalewa wody do szklanki – pije długo… Chciałby, żeby ta woda nie skończyła się nigdy, żeby mógł tak stać i pić nie myśląc o niczym…

Sączy w siebie ten kojący płyn, na dnie szklanki zostaje ostatnia kropelka – Piotr usiłuje jej dotknąć końcem języka i… odstawia szklankę. Gasi światło…

Z ciemności wchodzi do pokoju, w którym drgający płomień świecy oświetla chleb i wołowinę ubraną w plasterki pomidorów. Zapomniałem cholera o cebuli – myśli Piotr i czuje się winny. Siada przy stole ze splatającymi się rękami i patrzy w płomień, który zaczyna się chwiać i skwierczeć – kurczy się nagle, jakby miał za chwilę zgasnąć, ale wybucha na nowo i pali się już spokojnie…

Ola leży w ciemności, gdzie nie dociera światło świecy. Piotr wstaje z krzesła i idzie do niej. Idzie długo. Tak chciałby, żeby ta droga nie skończyła się nigdy. Idzie nie patrząc przed siebie, coraz wolniej…

Jego kolano uderza o twardy kant – Piotr siada na tapczanie…

Za oknem krzyczą – solidarność – ktoś śpiewa – nie rzucim ziemi skąd nasz ród – Piotr porusza głową w ciemności, jakby z kimś rozmawiał, jego usta szeleszczą.

- Jesteśmy razem, Olu, słyszysz, co oni śpiewają? – potrząsa nią delikatnie i gładzi po włosach.

Knot świecy zaczyna skwierczeć, po ścianie tańczą przez chwilę jakieś cienie i to wszystko zapada się w ciemność.

Kielce – Kraków, 1986-88-99

sierpnia 26
35

Praktyki

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Praktyki

(fragment powieści, WŁ 1984)

„Spotkanie z Witoldem Gombrowiczem” – przeczytał Piotr w bramie akademika.

- Przyjdź koniecznie na ten wieczór! – powiedział Jacek, który nawinął się akurat w przejściu. – To jedyny, uczciwy polski pisarz albo jeden z niewielu.

- Tak, słyszałem.

Piotr przechodził akurat koło Jagiellonki, postanowił tam wstąpić, z potężnej hali czytelni wspiął się po stromych schodkach do podręcznego księgozbioru wskazanego przez dyżurną – do działu encyklopedii. Otworzył księgę w złoto-czarnej oprawie, upstrzonej w środku kolorowymi obrazkami; zatrzymał się na haśle „Gombrowicz : Witold, ur. 4 VIII 1904 r. w Małoszycach k. Opatowa, powieściopisarz, nowelista, dramaturg i nowelista; od 1939 r. przebywa na emigracji w Argentynie. Ogłosił m.in. zbiory opowiadań Pamiętnik z okresu dojrzewania (1933) i Bakakaj (1957), powieści Ferdydurke (1937), Trans-Atlantyk (1953) i Pornografia (1960), dramaty Iwona księżniczka Burgunda („Skamander” 1938, wyst. 1959) i Ślub (1953) oraz eseistyczny Dziennik (t. 1, 1957, t. 2, 1962); od 1961 współpracuje z paryskim miesięcznikiem „Kultura”, zamieszczając w nim m.in. publikacje świadczące o jego wrogim nastawieniu do Polski Ludowej.

Piotr przerzucił kartkę i zobaczył potężnie rozbudowane hasło: „Władysław Gomułka”. Zamknął księgę z trzaskiem.

* * *

Sala klubu wypełniona już była po brzegi. Piotr na próżno usiłował dojrzeć gdzieś Jacka; wszyscy z niecierpliwością oczekiwali na pojawienie się pisarza, do drzwi wciąż parli nowi. Zrobiło się potwornie duszno, ktoś powiedział, żeby nie palić papierosów. W końcu otworzyły się boczne drzwi i na estradce pojawił się mały człowieczek w szarym garniturku. Sala przyjęła go milcząco, on usiadł, zapalił papierosa i patrzył gdzieś przed siebie, wypuszczając gęste kłęby dymu.

-Czy można o coś zapytać? – odezwał się ktoś z sali.

-Po to tutaj jestem – Gombrowicz uśmiechnął się i zaplótł dłonie.

-Czy uważa się pan za pisarza polskiego? Pytam, bo jedni uważają pana za wroga Polski, drudzy zaś za jej orędownika.

-To fakt. Wielu moich rodaków uważa mnie za bardzo, wyjątkowo polskiego – a więc ja jestem, jak się okazuje, bardzo antypolski i bardzo polski – i może dlatego tak polski, gdyż polskość urzeczywistnia się we mnie bez premedytacji, swobodnie, o tyle, o ile jest moją koniecznością.

-Ale przyjmując, że jest pan tak polski, jak pogodzić to z faktem, że opuścił pan ojczyznę w chwili, gdy najbardziej pana potrzebowała?

-Ojczyzna? – Gombrowicz wzruszył ramionami – przecież każdy z wybitnych, wskutek po prostu wybitności swojej, był cudzoziemcem nawet u siebie w domu.

-Tym mnie pan jednak nie przekonał.

-Ja nie chcę nikogo przekonywać. Nie interesują mnie żadne „ideały”.

-Czy istnieje, pańskim zdaniem, człowiek który nie ma żadnych ideałów?

-Zdrowe ideały ma każdy – oczywiście, we własnym przekonaniu. Te zdrowe ideały to klęska, choroba, przekleństwo naszego nierzetelnego stulecia… Nie sztuka mieć ideały, sztuka – w imię bardzo wielkich ideałów nie popełniać bardzo drobnych fałszerstw.

-Może z innej strony… Co sądzi pan o narodzie polskim? O jego aktualnych szansach rozwoju?

Gombrowicz zamyślił się, patrzył przed siebie, wypuszczając gęste kłęby dymu.

-Cóż wart jest naród – odpowiadał wolno, jakby ważąc każde słowo – złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na żaden szerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by ten naród im się nie rozpadł.

-A sztuka?

-Wymknęło się Marksowi, że sztuka jest jego nieubłaganym wrogiem i pozostanie nim na zawsze we wszystkich okolicznościach, niezależnie od tego, jakim systemem produkcji się ją wykarmi. Czy mało znał się na sztuce? I czy, jak wszyscy nie doceniał jej elementarnego, wybuchowego charakteru?  Sądził, że ona jest lub może być – cywilizowana, normalna, pozytywna. Nie rozumiał, że jest wyładowaniem, eksplozją. I że z niej wydobywa się to właśnie, czego marksizm nie jest w stanie objąć. Zaliczyć trzeba na konto kornej prawomyślności świętych doktorów i akolitów czerwonego kościoła romans komunizmu ze sztuką – do dziś trwający, a tak „groteskowo” nędzny w swoich płodach… spróbujcie wyznawcy kombinatów i kołchozów powiedzieć Szopenowi, że sonata h-moll nie jest jego…

-Powiadają, że w sposób pogardliwy wypowiada się pan o proletariacie. Że jest pan wręcz antyproletariacki?

-Nam, inteligencji, przyświeca myśl zbawcza, że dół nie jest szalony… My, tak, my skazani jesteśmy na wszystkie choroby, manie, szały, ale w dole jest jednak zdrowie… i podstawa, na której wspiera się ludzkość, jest jednak w porządku… A tymczasem? Lud jest bardziej chory, bardziej szalony niż my! Chłopi są szaleńcami. robotnicy  to patologia! Słyszycie, co mówią? To są dialogi ciemne i maniackie, tępe niezdrową tępotą analfabety, bełkotem wariata, wołające o szpital, o lekarza… Czy mogą być zdrowe te niekończące się przekleństwa i sprośności – i nic poza tym – ta pijacka, obłędna mechanika ich współżycia? Szekspir miał rację przedstawiając ludzi prostych jak ludzi „egzotycznych”, to właśnie niepodobnych do ludzi… Och, tak, jestem z proletariatem, to jest, raczej, jestem przeciw niemu, bo żądam żeby znikł z powierzchni ziemi… Albo jeszcze inaczej: chcę likwidacji hańby, zwanej proletariatem, więc jestem po stronie systemu, który lepiej ją likwiduje.

-Więc jest pan zdecydowanym przeciwnikiem marksizmu?

-Co się tyczy marksizmu, nie wierzę w skuteczność samogwałtu, za pomocą którego burżuje z urodzenia i wychowania przerabiają siebie na modłę proletariatu, gdyż tak chce teoria.

-Powracając do sztuki, ściślej, do literatury… Kiedy naród polski dopracuje się znowu wielkiej, światowej literatury?

-Pytanie to brzmi mniej więcej tak: Kiedy polska drużyna literacka zdobędzie kolejne mistrzostwo świata w piłkę nożną? Ten typ myślenia właściwy jest narodom, których kultura, przynajmniej ta dziejąca się współcześnie, pozbawiona jest głębszych, istotnych dla kultury ogólnoświatowej wartości. Bo człowiek niepełny zdegradowany dąży bezpośrednio do dominacji – ona jest jego zasadniczym celem. Stąd tyle tych wielkich słów ufundowanych na pustce. Z podobnym problemem spotykam się na co dzień w Argentynie. Cóż, podobnie jak oni jesteśmy ubogimi krewnymi świata… A kiedy dopracujemy się wielkiej, światowej literatury?… Otóż, póki społeczeństwo polskiej nie nauczy się szanować tej „woli twórczości”, która cechować powinna każdy istotny wysiłek literacki, póty… będzie miało taką  „wielką literaturę”, na jaką zasługuje.

-A jak widzi pan rolę krytyki literackiej?

-W pewnej chwili chyba każdy artysta odkrywa, że krytyka nie tylko na nic nie może się przydać, ale że jest jedną więcej przeszkodą na drodze do czytelnika… Utwór artystyczny aspiruje do jedyności, a krytyka, nawet ta najlepsza, z natury swojej kataloguje, klasyfikuje, niweluje, roztapia w ilości, w produkcji… I nie wynaleziono dotąd sposobu, by pan X, niewysoki duchem, nie przybierał  tonu sędziego, pisząc w gazecie artykulik o Homerze.

-Czy z okazji pobytu w Polsce chciałby pan coś przekazać naszym krytykom?

Gombrowicz wstał.

-Słuchajcie hipopotamy! Ja się nie skarżę, że wasza profesorska czy felietonowa głupota szkalowała bez przerwy moją pracę pisarską, która, jak dziś się okazuje, jest coś warta. Zrobiliście, co mogli, żeby zepsuć mi życie i po części to wam się udało. Gdyby nie wasza płaskość, płytkość, mierność, nie byłbym może przymierał głodem przez wiele lat w Argentynie, a i inne upokorzenia byłyby mi oszczędzone. Stanęliście między mną a światem – grono nieomylnych belfrów i publicystów – pacząc, wykrzywiając, fałszując wartości i proporcje. Dobrze, pal was sześć, to wam przebaczam! I nie oczkuję, że któryś z was wybełkocze coś w rodzaju cichego „przepraszam”, zbyt dobrze wiem, czego oczekiwać można od takich jak wy figlarzy. Ale jak przebaczyć, że zdołaliście pokonać mnie w moim nad wami końcowym zwycięstwie? Tak. Pocieszcie się, zwyciężyliście w klęsce swojej! Gdy sprawiliście, że sukces mój przyszedł za późno… o dziesięć, dwadzieścia lat… gdy zanadto już jestem bliski śmierci i ona zaraża mi klęską nawet triumf… nie jestem już, wiecie, dość jurny, aby nacieszyć się rewanżem. Triumf? Ależ wy nawet tego mnie pozbawiliście! Nie mogę rozkoszować się ani moim wywyższeniem, ani waszą porażką – jak to wybaczę?…

-Nie jest nam przyjemnie słuchać tych gorzkich słów prawdy, tym bardziej, że nie możemy nawet przyznać się do winy. Wypadałoby skończyć na tym i przeprosić za naszych ojców, podziękować panu za trud pracy twórczej, który wyniósł pańską, a więc polską literaturę na światowe wyżyny. Ale jeśli pan pozwoli, zadam jeszcze ostatnie pytania.

Gombrowicz skłonił głowa przyzwalająco, ale już nie usiadł, patrzył przed siebie, zaplatając i rozplatając ręce.

-To już naprawdę jedno z ostatnich: Co uważa pan za największą bolączkę, patologię naszej historii i kultury i w obecnej sytuacji, jaki widzi pan przed nami program?

-Za najokropniejszą rzecz w historii naszej kultury uważam to, że myśmy zawsze, dobrowolnie lub pod przymusem ograniczali sobie ducha. Cała nasza literatura, cała sztuka jest tego objawem. Gdy w ostatnich latach polską świadomości wsadzono do ciupy, nie było to może takie złe dla naszej duszy. Zahamowano naszą dotychczasową, niewystarczającą produkcję słowa, zastępując ją jawnym kłamstwem, natomiast każdy mógł rozmawiać ze sobą i, były to szczere rozmowy. Życie rozpadło im się na fałsz zewnętrzny i prawdę wewnętrzną – stan ciężki, ale nie trujący. Któż wie, czy głupota nie zaostrzyła gdzieś w głębi rozumu?… Lecz, jeśli koniecznie idzie o program, to proszę: Żądam i obstaję, ażeby wszystko – ojcowie i matki, rasa i wiara, cnota i narzeczone – wszystko było upaństwowione i wydawane za kartkami w równych i dostatecznych porcjach…

-A czego, pańskim zdaniem, nam jako narodowi potrzeba teraz najbardziej?

-Nigdy żaden naród nie potrzebował bardziej śmiechu niż my dzisiaj. I nigdy żaden naród nie rozumiał śmiechu – jego roli wyzwalającej. Ale śmiech nasz dzisiejszy nie może być śmiechem żywiołowym, czyli automatycznym – musi to być śmiech z premedytacją, humor stosowany na zimno i z powagą, musi to być najpoważniejsze zastosowanie śmiechu do naszej tragedii.

Gombrowicz usiadł , zapalił papierosa i,  jak na początku, nieobecny, wpatrywał się gdzieś w pustkę.

Wychodząc już z sali, Piotr zdziwiony tym wszystkim, co się tutaj działo, nie mógł się powstrzymać od zagadnięcia prowadzącego spotkanie studenta. Poczekał, aż trochę się rozluźniło, podszedł, dotknął jego ramienia, ten obejrzał się pytająco – za oknem mignęła niepozorna sylwetka Witolda Gombrowicza, który poszedł pewnie przespacerować się po Krakowie.

-Słuchaj, mam do ciebie pytanie.

-Wal! Śmiało!

-Powiedz mi, jak to się stało, że Gombrowicz mógł w ogóle do nas przyjechać? Jak udało wam się go tutaj sprowadzić?

Prowadzący roześmiał się głośno, bardzo głośno.

-Nie rozumiem, z czego się śmiejesz? Co w tym jest śmiesznego?!

-Chyba jednak to, że Gombrowicz nie żyje, już od roku. Zmarł w Paryżu…

-To znaczy… że tego spotkania nie było?

-To znaczy, że tego spotkania nie było.

sierpnia 26
23

Potwór nie opisany

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Potwór nie opisany

Szkice literackie inspirowane ideami

Artauda, Gombrowicza i Gurdżijewa

na marginesie warsztatów teatralnych z cyklu:

„W poszukiwaniu samego siebie”

W latach 1990 – 1993, dzięki wspaniałomyślności Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Krakowie spotykałem się z ludźmi  pod powyższym dumnie brzmiącym hasłem w imię poszukiwania tego co najbardziej ulotne – prawdy. Przychodzili do mnie studenci, uczniowie szkół średnich, ludzie pracujący i emeryci. Wszystkich sprowadził tutaj głód poznania i nadzieja dokonania czegoś istotnego. Obserwowałem ze zdumieniem jak w trakcie trwania treningów z instruktora przeobrażałem się dla nich w kogoś, kto zna tajemnicę i może poprowadzić ich do celu. Niektórzy z ogromnym szacunkiem zwracali się do mnie: „mistrzu” pochylając przede mną głową i na wschodni wzór składając ręce. Z początku czułem się zażenowany i nawet mnie to śmieszyło, bo nie byłem przecież żadnym mistrzem, a jedynie człowiekiem wskazującym im różnorodne możliwości poszukiwań.

Spotkania  nasze miały swoje wzloty i upadki, czasami uczestniczyło w nich       kilkadziesiąt, a niekiedy zaledwie kilka osób. Pamiętam jedno z  nich z udziałem czterech emerytów. Chyba wtedy zrobiliśmy najwięcej. Nie darmo filozofowie Wschodu uznali jesień ludzkiego życia za najbardziej odpowiednią do poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania. Wtedy zrodził się we mnie pomysł napisania dziennika opisującego dynamikę mojej (naszej) wewnętrznej aktywności. Z dużym napięciem, dzień po dniu zapisywałem te słowa nie myśląc wcale o ich publikowaniu. Samo „zapisywanie” było dla mnie doświadczeniem tak fascynującym i intymnym, że nie odczuwałem żadnej potrzeby podzielenia się nim. Tekst z rękopisu przepisałem jednak na maszynie i w ferworze codziennej gonitwy prawie o nim zapomniałem.

Na pożółkły maszynopis natrafiłem przypadkiem po sześciu latach przy porządkowaniu przyniesionych przez syna z piwnicy moich tekstów i po przeczytaniu kilku stron napisałem na pierwszej stronie: :”koniecznie przeczytać”, z datą 1.03.1998.

Przeczytałem i mój „potwór nie opisany” stanął zupełnie dla mnie nieoczekiwanie w pełnym świetle naprzeciw was.

Szczęsny Wroński

sierpnia 26
0

02.09.1992

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Potwór nie opisany

Wczoraj nie zdążyłem napisać tego, co zaplanowałem. Przeszkodziła mi Agnieszka. Przeszkodziła lub pomogła. Wczoraj wciągnęły mnie te zapiski, to gmeranie w sobie. Kiedy zjawiła się obok,  w pierwszej chwili zdziwiłem się, że nie ogarnia zwykła w takich sytuacjach irytacja. Od razu zaakceptowałem jej obecność i popracowaliśmy trochę razem. Dzięki temu dostrzegłem wyraźnie nową możliwość, której istnienia nie podejrzewałem, że każda sytuacja jest właściwa do pracy nad sobą. Nie wolno jedynie stracić z pola widzenia punktu wyjściowego – świadomości, kim jest ten, który w danej chwili działa. Życie od początku do końca jest lekcją. Odbywa się w ograniczonym czasie. Nie wiemy, kiedy nastąpi dzwonek. Zabrzmi  przeraźliwie czy łagodnie? Czy będzie to dzwonek na przerwę, czy alarm ostrzegający nas przed nieuchronnie zbliżającym się końcem, kiedy nieodrobione wciąż zadanie rośnie przed nami jak gigantyczna góra. Czy stać nas będzie wtedy na ten nadludzki wysiłek, by wspiąć się do ginącej gdzieś w mroku krawędzi?… A jeżeli tam oczekuje nas jedynie nicość? … Ogarnia nas przerażenie, chwyta za gardło, dostrzegamy za sobą całe zmarnowane życie, niewykorzystane szanse, a w nas, czyli w tej trzęsącej się kupie galaretowatego mięsa czai się duchowy karzeł niezdolny do przekroczenia granicy śmierci. Tajemnica przemiany oddala się od nas i odsuwa w bezlitosną ciemność, a stamtąd dochodzi jedynie „płacz i zgrzytanie zębów”. Dlatego póki życie trwa, nie powinniśmy marnować ani sekundy, bo i tak straciliśmy już zbyt wiele. Dopóki nie ukształtuje się w nas świadomy gospodarz, czas przecieka nam przez palce, doświadczamy pustki i nudy, grając różne role nie wiemy co z sobą począć. Bo żyć można tylko tutaj i teraz, świadomie chłonąc życie całym swoim istnieniem. Nie poprzez pryzmat naszego intelektu, emocji czy instynktów, lecz w tyglu dziejącej się całości, gdzie jedna część naszej istoty nie zdradza drugiej, bo stanowią one jeden organizm zdolny rozpoznawać drogę prawdy, drogę doskonalącej przemiany.

Powrócę teraz do dnia wczorajszego. Pierwszy dzień szkolnego roku, po trzydziestu sześciu latach, z moją córeczką, która przygląda się występom starszych kolegów. Przedstawiają oni bajkę o smoku wawelskim, potem w minikoncercie przebojów udają zagraniczne gwiazdy. To wszystko jest bardzo żywe i „spontaniczne”. Tutaj wszystko może się wydarzyć, kwestie można pomylić.  To dziecięcy teatr na wskroś sztuczny i fałszywy. Jednak przebija przez to prawda dystansu do granych postaci. Tutaj maska nie przylega jeszcze szczelnie do twarzy. Dzieci żyją jeszcze swoim własnym życiem wciągane dopiero w życiowe role. Gdzie leży granica między spontanicznością dziecka, a jego funkcją maszyny?

Gdy przyglądałem się ich harcom, nagle pękł jeszcze jeden mit. Zrozumiałem, że dziecko nie jest wcale twórcze. Jest taką samą maszyną jak niezrealizowany człowiek dorosły. Jednak jego kontakt z sobą samym jest znacznie żywszy. Widać to z świeżości i wdzięku ruchu, nie tłumionym brzmieniu głosu i błyskach pojawiających się w oczach. Jednak już niedługo szkoła spróbuje zadusić te objawy i rozpocznie się nauczanie jak stać się maszyną. Jak własne życie można kontrolować intelektem poprzez tak zwane systemy wartości moralnych  i religijnych. Lecz jak tu kontrolować energię (emocje), gdy nie zna się jej źródła ani zasady działania. Poprzez dyrektywność umysłu można ją jedynie tłumić i z zaciśniętymi zębami zachowywać się jakby jej nie było. Jednak co się z nami dzieje, gdy „Titanic” idzie na dno – tę własną nędzę czujemy podskórnie i bardzo jej się boimy.

Dzisiaj byłem z Basią na pogrzebie naszego znajomego. Zmarł nagle na serce. Przyszło sporo ludzi, przynieśli kwiaty. Jego żona, z którą nie mieszkał od dwóch lat, cała w czerni, z trojgiem dzieci, literalnie nieutuleni w żalu, z szarfą na wieńcu – najukochańszemu mężowi i tatusiowi. Jednak ta kochająca żona nie pozwoliła mu widywać własnych dzieci. Teraz zakwefiona w czerni wyglądała całkiem przekonywająco – cierpiała jak na żonę przystało. Kim była ta zapłakana kobieta tuląca zdezorientowane dzieci nad grobem pokrytym kwiatami. Co czuł z tamtej strony człowiek w zderzeniu z tą pustką. Czy szczypał się w policzki, których już nie było?

A człowiek-maszyna  płakał nieutulony w żalu na zapotrzebowanie pogrzebowej ceremonii. Mnie również łzy zakręciły się w oczach. To było bardzo wzruszające. Smukła, nieco przygarbiona z bólu kobieta w czerni przygarniająca do siebie trójkę dzieci nad grobem pokrytym kwiatami.

Dzieci zapaliły znicze. Ich twarze wyrażały grymas niedowierzenia, zdziwienia, a może i tłumionego rozbawienia. Oto ich odepchnięty przez mamusię tatuś w randze nieboszczyka awansował znowu do pozycji najukochańszego męża i ojca.

A tam. A tam po tamtej stronie Włodek, z którym rozmawiałem tak głęboko pół roku temu. Poprzez tę sztuczność i mechaniczność odczuwania nie zdołałem przebić się do niego. Albo w ogóle go tam nie było.

sierpnia 26
44

04.09.1992

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Potwór nie opisany

Wczorajszy dzień wystawił mnie na próbę. Chyba ostatnio zbyt byłem bałwochwalczy w moim oddawaniu się „procesowi samopoznania”. Poniosła mnie rola mistrza przenikającego tajemnicę. Tymczasem tajemnica odwróciła się ode mnie. Przedwczoraj coś stało się z moją lewą stopą, silny ból gdzieś wewnątrz utrudniający  chodzenie i codzienny trening  to był pierwszy powód do niezadowolenia. Potem dowiedziałem się, że moje tłumaczenie tekstów angielskich jest w znacznej mierze błędne merytorycznie i dostanę zaledwie połowę oczekiwanego honorarium. Spaliły też na panewce moje starania o pracę, która ustabilizowałaby sytuację materialną mojej rodziny. Późnym wieczorem rozmawiałem też z jednym z moich przyjaciół i uczniów w pewnym sensie,  coś mnie zablokowało, bardzo trudno odpowiadało mi się na pytania, dosyć agresywne, dotyczące sedna mojej pracy. Odniosłem wrażenie, jakby Marek mi nie dowierzał i chciał zdyskredytować moje kwalifikacje. To sprawiło, że poczułem się słaby i zagubiony. Uczucie to nie odstępuje mnie  dzisiaj od rana. Często pogrążam się w różnych emocjach   i bezproduktywnym zamazanym myśleniu zamyśleniu.

Obudziłem się dopiero, gdy zasiadłem do maszyny. Pierwsza rzecz to nie poddawać się. Aktywność jest dla mnie wskazaniem przeciw inercji i zniechęceniu. Nawet tak drobna działalność jak podjęcie się funkcji skarbnika w „trójce klasowej” Agnieszki. Żona nie okazała specjalnego zadowolenia podejrzewając mnie być może o umizgi do Pani Agnieszki. To pozbawiło mnie energii, jaką przyniosła mi ta skromniutka inicjatywka. Na wieczorne spotkanie z przyjaciółmi pojechałem bardzo osłabiony, bo żadne zalecanki nie powstały mi w głowie – to był przejaw walki o życie oraz chęć pomocy dzieciom w klasie, do której chodzi przecież moja córeczka.

Dzisiaj do południa czułem się bardzo rozbity. Dodatkowo przytłoczył mnie fakt, o którym dowiedziałem się wczoraj od Marka, że mój aktualny „idol” Gurdżijew, podobno zapił się na śmierć. Jakiż więc pożytek z jego wiedzy, czy nie jest ona pozorna? Gdzie ten związek „miedzy linią wiedzy, a linią bycia”?  Teraz  pisząc te słowa wydaję się rozumieć, że przecież nie jego wiedzę będę realizował, ale moją własną. Jego zbliżone do moich poglądy przyspieszały jedynie zrozumienie zjawisk dotyczących mojej pozycji w kosmosie oraz natury samego procesu samorealizaji. Zrozumiałem, że tylko ja i moje życie mogą świadczyć za mnie, że długa czeka mnie droga, że nie wolno mi z niej zstąpić, bo głód prawdy jest we mnie zbyt silny i nie oszukam go środkami zastępczymi jak poszukiwanie sławy i pieniędzy.

Wczoraj, w kolejce z bolącą nogą do chirurga czytałem „Dziennik”, powtórnie po kilkunastu latach, mojego drugiego „idola” Gombrowicza. Zapisałem na gorąco na marginesie jego rozważań na temat funkcjonowania i recepcji dzieła muzycznego: „Znudzenie formą arcydzieła ( mowa o rzekomym znudzeniu słuchaczy Bethowenem jako kompozytorem zbyt łatwym i czerpiącym inspiracje z gminu) polega na potraktowaniu tej formy powierzchownie, jakby wyssaniu z niej zewnętrznych, łatwo dostępnych soków. Można też przestać się zachwycać prostym szumem wiatru, szemraniem strumienia, pluskaniem deszczu o szyby. Jednak te wszystkie dźwięki wyrażają niewyczerpaną głębię bytu, w którą tak chcielibyśmy się zanurzyć. Znudzenie elementarną formą oznacza  znudzenie sobą. Znudzenie „mistrza” zachłannego  na wciąż świeże metamorfozy i metafory, które stwarzałyby świat na nowo. Istnieją bowiem dwie podstawowe kategorie rozwoju. Jedna jest nieustannym pożeraniem i produkowaniem (tworzeniem) nowych form. Ta nie pozostawia po sobie niczego trwałego oprócz ulotnych wrażeń. Jest też inna, dostępna nielicznym – to przemiana z doraźnego i kruchego w trwałe i mocne, zdolne oprzeć się skutecznie erozji czasu. To początek dynamicznej i twórczej egzystencji człowieka działającego świadomie, realizującego swój cel.

Postanowiłem napisać książkę o współczesnym magu, kimś kto zbuntowany przeciw pozornemu rozwojowi, uzyskuje duchowe moce i postanawia wydać walkę światu idącemu błędną drogą. Nazwijmy roboczo bohatera Gijo. Na początkowych kartach książki objawia się on jako człowiek sukcesu. Absolwent filozofii i elektroniki, ma piękną żonę, pracuje w polsko-amerykańskiej firmie. Wszystko zmierzałoby do   happy andu, gdyby nie jedno małe nieszkodliwe zlecenie na wielką akcję reklamową na rzecz szkodliwych dla zdrowia, ale podkreślających niezwykle urodę kosmetyków. Gijo wchodzi w konflikt z szefem i traci pracę. Powraca do niego zapomniana wiedza i budzi się stłumione pragnienie poszukiwania samego siebie. Na tym tle dochodzi do antagonizmu z żoną przyzwyczajoną do wygodnego i luksusowego życia. Zostawia jej mieszkanie wraz z całym majątkiem, wyjeżdża do swojego mistrza z czasów młodości i jako uczeń rozpoczyna pełne prostoty i wyrzeczeń życie u jego boku. Tymczasem żona Gija związuje się z szefem jego firmy, który wciąga ją w swoje brudne afery. Sytuacja wewnętrzna kraju komplikuje się. Bohater wraca z miejsca dobrowolnego odosobnienia i duchowy Rambo jest już na tropie. Czas rozpocząć fajerwerki.

sierpnia 26
54

05.09.1992

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Potwór nie opisany

Rano obudziłem się z wypełniającym mnie dziwnym niepokojem graniczącym z odrazą do samego siebie. Przy czym była we mnie pewność, że dowiedziałem się czegoś bardzo istotnego. Miałem sen (w nocy), ktoś, jakaś kobieta włożyła mi zupełnie niespodziewanie palec do tyłka. Sprawiło mi to dużą frajdę.

Kiedy wieczorem, przed zaśnięciem medytuję i modlę się z intencją, żeby noc przyniosła mi oczyszczenie, regenerację sił i wtajemniczenie w to co za dnia jest dla mnie niedostępne, śnią mi się takie płytkie i „ohydne” sceny. W cudzysłów ujmuję „ohydne”, bo być może w tym właśnie tkwi istota rzeczy, by ujawnić działanie najniższych energii. Być może droga do dostępnego nam oświecenia prowadzi poprzez gąszcz takich niby absurdalnych bzdur, które są manifestacją naszego zakrytego, miotającego się w ukryciu piekła.

Kilka nocy wcześniej, ni stąd, ni zowąd przyśnił mi się Lenin. Bardzo sympatyczny, starszy człowiek, bez jednej nogi. Mieszkałem z nim w bliskich, zażyłych stosunkach w jakimś opuszczonym domu, który właśnie malował. Nie przyłożyłem do tego ręki, chociaż od czasów mojej zarobkowej emigracji do Londynu  znam się na malowaniu mieszkań.  Miałem później wyrzuty sumienia, dlaczego mu nie pomogłem, ale Lenin pocieszał mnie, żebym nie zawracał sobie tym głowy. Mówił do mnie z ogromnym ciepłem i przyjaźnią. Nagle zjawił się ktoś w stylu wojskowym. Z ich krótkiej, gwałtownej rozmowy wniosłem, że gdzieś stało się coś bardzo niebezpiecznego. Lenin bez słowa wybiegł przed dom i podskakując w olbrzymich susach jak kangur, przesadził pobliską rzekę i zniknął wśród pól. Wrócił uspokojony. Domyśliłem się, że jego interwencja musiała być skuteczna.

Boże, cóż za idiotyczny sen! Trudno go zakwalifikować, odnaleźć w nim jakąś konkretność, czy też symbolikę. Takie właśnie  bzdury przylegają do nas (do mnie) w codziennym zmaganiu się z życiem, lecz wtedy, w dzianiu się, nie dostrzegamy ich braku związku z rzeczywistością. Mój przyjaciel, skądinąd wspaniały, ideowy człowiek i artysta mówiący z nienawiścią o spisku żydowskim, który zawładnął światem i odpowiedzialny jest za całe zło – przypomina taki właśnie bzdurny sen śniony na jawie. A ile jest jeszcze w nas (we mnie) takich snów. Niedostrzegalne w dzień, niech śnią mi się w nocy, bym mógł je zidentyfikować. Być może, gdy przyśnią mi się i rozpłyną w nicości,  dotknę jakiejś tajemnicy,  jak np. przyczyna mojego lenistwa i niechęć do aktywności, która ostatnio wyraźnie się zmniejszyła. Czyżby to wpływ mojej „samorealizacyjnej wędrówki”?

Czytałem znowu „Dziennik” Gombrowicza. Jak przed kilkunastu laty jest on moim literackim przyjacielem, partnerem do rozmowy. Wtedy jako młody gniewny byłem nim owładnięty i spędzałem w Bibliotece Jagiellońskiej całe dnie czytając za specjalnym zezwoleniem osławione „resy”. Dzisiaj dyskutuję z nim na zimno i nie zawsze się zgadzam. Młodość określa on „niedojrzałością”,  jednak w niej upatruje podstawowy potencjał twórczego rozwoju ku wiecznie młodej i nieskończonej dojrzałości – pełni. Tutaj równie istotne znaczenie może mieć sen o palcu w dupie jak i uczony traktat Heiddegera, bo czasem droga do zrozumienia rzeczywistości prowadzi przez „nierzeczywistość” właśnie. Inaczej mówiąc, Heiddeger bez palca w dupie jest czymś wyizolowanym, zubożonym i przypomina marsz w miejscu. Słychać stukot kroków, ale drogi nie ubywa.

Człowiek to maszyna o bardzo wysokim stopniu komplikacji, maszyna rozregulowana, działająca przypadkowo, bo pozbawiona jednego kierowcy.  Co w człowieku jest najważniejsze? Rozum, serce, instynkty? W zależności od odpowiedzi otrzymamy filozofię, która będzie filozofią człowieka rozbitego, zmierzającego do

(duszę) oraz rozum (kierowcę). Trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie tej maszyny bez kierowcy, bez karoserii lub silnika. Idąc w większe detale: czy moglibyśmy posługiwać się samochodem pozbawionym na przykład podłogi, układu zasilania, albo jednego chociaż koła. Jakąż wielką bzdurą jest ten ustawiczny bełkot o prymacie rozumu nad uczuciem, kultury nad naturą lub odwrotnie w najprzeróżniejszych odmianach i szczegółach. Człowiek ma szansę rozwoju jedynie jako całość i na pewnym etapie rozwoju tak samo ważny w nim jest palec w tyłku jak myśl o zbawieniu.  Dopóki nie poznamy siebie, struktury funkcjonowania naszego mechanizmu, to ten obsesyjny „palec” może przyćmić czy wręcz uniemożliwić naszą „drogę do nieba”.

Po pierwsze: powinniśmy odkryć w nas kierowcę, który panuje nad maszyną. Chociaż pojazd porusza się, jest to najczęściej ruch w miejscu, albo wędrówka na chybił trafił przez pustynię. Słyszymy wiatr wywołany pędem, a zjawisko fatamorgany  przyjmujemy jako osiągnięcie stacji przeznaczenia. Dopiero gdy  energia pozornego ruchu zaczyna słabnąć,  zauważamy z przerażeniem zasypujący nam oczy piasek, a odurzony jeszcze pędem niby kierowca  coraz mniejszą ma już szansę, by zapanować nad maszyną i wyprowadzić ją z tej jałowej ziemi.

Ale dość tych alegorii! Powracam do chwili, w której istnieję: tutaj i teraz nad maszyną do pisania, przy świetle lampki – słyszę stukot czcionki, w głowie galopują myśli znacznie szybciej, niż moje palce po klawiaturze. Tak wiele z nich rodzi się i umiera. Być może nigdy ich sobie nie uświadomię. Jednak nie warto się tym przejmować, bo sens pojąć można jedynie w błysku jednej chwili…

Kim jest więc ten, który siedzi teraz na krześle w pokoju pełnym książek ułożonych niezbyt starannie na półkach. Czymś realnie istniejącym i równie  żywym jest moja maszyna do pisania, kubek z którego kilka dni temu piłem wodę – suczka Pusia zwinięta w kłębek śpiąca teraz w nieświadomości na kanapie.

To nieprawda, że jestem samotny. Samotność to idea fix, urojenie zaczadzonej fragmentarycznością filozofii i literatury. Moje ciało wibruje, wzbierają w nim potoki energii. Gdzieś na granicy okaleczonego, fragmentarycznego życia i twórczej krainy „wiecznej młodości” – to tak bardzo blisko. Tak trudno przejść na drugą stronę…

Chwila ciszy… Czuję lekkie zmęczenie… Jednak mam świadomość, że zrobiłem znów maleńki krok. Wszystko    stało się jakby bliższe i nie jestem wcale pewny, ze moje biurko jest mniej żywe, niż ja sam. Myśli ustawiają się we mnie jak niezliczone pułki gotowe do wymarszu. Obudził się uśpiony wódz, z jego gestu, zmarszczenia brwi, zrodziła się chętna do podbojów armia. Zostawiam zniecierpliwionego wodza i żołnierzy, niech maszerują w miejscu – jest ich za dużo – nie mam do nich zaufania.

Cisza. Błogosławiona Cisza. Cisza i tylko Cisza. Tutaj i Teraz.

trudno przejść na drugą stronę…

Chwila ciszy… Czuję lekkie zmęczenie… Jednak mam świadomość, że zrobiłem znów maleńki krok. Wszystko    stało się jakby bliższe i nie jestem wcale pewny, ze moje biurko jest mniej żywe, niż ja sam. Myśli ustawiają się we mnie jak niezliczone pułki gotowe do wymarszu. Obudził się uśpiony wódz, z jego gestu, zmarszczenia brwi, zrodziła się chętna do podbojów armia. Zostawiam zniecierpliwionego wodza i żołnierzy, niech maszerują w miejscu – jest ich za dużo – nie mam do nich zaufania.

Cisza. Błogosławiona Cisza. Cisza i tylko Cisza. Tutaj i Teraz.

sierpnia 26
43

06.09.1992

Posted on Środa, sierpień 26, 2009 in Potwór nie opisany

Kończy się niedziela, leniwa niedziela. Byłem z Basią i Agnieszką w  kościele, nie wydarzyło się nic szczególnego. Ani przez moment nie wzrosło we mnie napięcie, które wróżyłoby jakieś zmiany. Jest we mnie niby pewność odnalezionej pozycji. Opadł podgorączkowy stan mojej wędrówki – może niedługo znów coś się wydarzy. Kim jestem? – zapytuję siebie pogrążony w tym spokoju i pewności jutra. Gdzieś na dnie błąka się jakiś cierń. Dzień się kończy.